piątek, 9 maja 2014

Teneryfa - delfiny, wieloryby



W życiu tak to bywa.
Przygotowujesz plan, studiując całą dostępną literaturę,
a plan w naturze nie funkcjonuje,
bo wiatr wieje...


Jesteś jednak istotą przygotowaną na wszystko
(masz przecież dziecko, jesteś więc kreatywna, że hej!)
wyskakujesz więc z planem B - 
w myśl zasady: Lepszy rydz niż nic.
A tu rydz okazuje się hajlajtem tygodnia.
I tak własnie było z tym naszym rejsem.


Ze na Teneryfie jest Loropark, wie chyba każdy,
kto był na wyspie lub przynajmniej się wybierał.
Podobno trzeba się koniecznie wybrać, bo
jest pokaz orek i delfinów.

Więc zwracam się do męża mego:
"Chodź pojedziemy na te orki, pliiiiiiiiiiiiiiiis..."
Wiedziałam, czego się spodziewać,
bo małżonek mój parków rozrywki nienawidzi.
Mówi, że sztuczne to takie, zaludnione, 
że nie wspiera takiego traktowania zwierząt
i w ogóle bez sensu.
Nie zrażam się. 
Wiem, że "cierpliwy palcem dół wykopie" - 
zatem drążę, drążę, drążę,,... aż się wkurzy ;o)

Temat powraca codziennie
przy wyciągu na wulkan,
bo wieje wiatr...
i wyciąg nie jeździ.

W końcu chłopina daje za wygraną. Prawie:
"Jak już musisz widzieć te delfiny, to w oceanie."
No niech będzie. A więc rejs.
Tylko niech sobie nie wyobraża,
że wszystkie wieloryby i delfiny wyjdą w korowodzie
na powierzchnię wody,
zgromadzą się przy statku i zapozują
bo jaśnie pan z aparatem na ocean wypłynął :D

Wykupujemy wycieczkę na statku pirackim
i mamy nadziejęże choć jedną rybkę wypatrzymy.
Nie spodziewam się wiele. 
Spędzam sobie czas na fotografowaniu wybrzeża
oraz Sary... Animatorzy charakteryzują dzieci na piratów,
rozdają klapy na oczy oraz balonowe miecze.
Dla mnie rejs już teraz jest udany.

Tuż obok siedzi polska rodzina. Właściwie klan.
Sara przysiada się z komunikatem:
"A ja też umiem mówić po polsku!"
I mam dziecko z głowy ;o)




Aż tu nagle wszystko zaczyna się toczyć,
jak podczas nagłego porodu:
Ktoś płetwę wypatrzył. 
Wiecie, taką jak u rekina - na grzbiecie.
A potem drugą, trzecią.
Statki krążą w jednym miejscu.
Są wieloryby! Całe grupy!
Na pokładzie euforia. Kto co ma w torbie,
wyciąga nerwowo i zdjęcia biegnie robić:
lustrzanki, cyfrówki, smartfony - cały asortyment :D
Wyciągam i ja mój sprzęcior z lufą na kilometr ;o)
Celuję, strzelam... i 
nie uwierzycie!
Karta pełna! Nie mam jak robić zdjęć,
a te wieloryby, jak te psy się do naszego żaglowca łaszą.
Cholera by je wzięła! 
Cała zgraja ich się pojawiła. 
Pływają sobie symetrycznie, leniwie,
wynurzenie, zanurzenie,
pojawiam się i znikam...

A ja z tym nieszczęsnym aparatem...
W panice drę się do Boga ducha winnego męża,
żeby nie stał jak głupi, tylko automatyk wyciągał i
zdjęcia klepał - możne coś wyklepie ;o)
Sama zaś kasuję na karcie, co się da.
Byle uchwycić te pływające cielaki na kilku klatkach.
A oto i one:






Po tylu emocjach oddalamy się 
na bezpieczna odległość,
żeby dłużej się nie naprzykrzać.

Pasażerowie na statku w stanie ekstazy
przeglądają zdjęcia, filmiki...
Przeglądam i ja. Rejs się opłacił.
Wszyscy są zadowoleni.

Nikt niczego nie podejrzewa,
a tu znowu alarm.
Delfiny ktoś wypatrzył.
Czy to możliwe? Czy to się dzieje,
bo nie mam na czym zdjęć robić???

Są delfiny! Peng, peng, peng!
Jak salwa po powierzchni wody.
Szybkie jak wiatr 
wystrzelają nad wodę
i znowu ich nie ma.
Zaczynam doceniać wieloryby -
te przynajmniej dały szansę fotografom.
Ale jak uchwycić delfina
pędzącego jak wściekły pies na polowaniu?
Poczyniam próby, 
fotografujemy na dwa aparaty...
w końcu daję za wygraną
Tych diabłów nie da się uchwycić.
No... chyba że ma się szczęście.
Biorę więc telefon - 
może przynajmniej filmik jakiś będzie.

Oto on: 








Informacje praktyczne:

"Peter Pan" statek piracki wypływa z portu w Los Christianos.
Na promenadzie koło plaży i portu można kupić wycieczki.

Katamarany oraz "Shogun" (żaglowiec piracki) wypływają
z portu Puerto Colon. 

Rejs trwa 3 godziny (możliwe również 5 godzin)
W cenie jest obiad na pokładzie:
Kurczak/kotlet mielony + ryż + surówka + bułka + banan + napój. 
Zestaw udany i smaczny. Możliwe repety. ;o)

W planie jest również pływanie w oceanie.
Kto chce :)

Na początku rejsu fotograf robi rodzinom zdjęcia.
Pod koniec wycieczki zdjęcia te można kupić:
20 € za zestaw. Wg mnie zbyt drogo i nie warto.

Kręcony jest również film z całego rejsu.
Jeśli jesteście zainteresowani, machajcie przyjaźnie do kamery ;o) 
Film można zamówić do hotelu.

Koszt wycieczki - okazuje się, że różny. 
Zależy, gdzie się kupiło!
Oficjalnie: 40 € za osobę dorosłą, 
19,50€ za dziecko od 5-11 lat.
Kto bukuje przez internet płaci mniej.
ALE!
My bukowaliśmy w małej budce przy plaży Los Christianos
i taka wyschnięta pani sprzedała nam rejs za - UWAGA!
ogólnie 30 euro!
Za Sarę nie zapłaciliśmy nic.

Jeśli wybierzecie się kiedyś na Teneryfę,
koniecznie wykupcie taki rejs.
Myślę, że nie pożałujecie :)



8 komentarzy:

  1. hah czy u was panuje spokój ?czy tylko takie historie Ciebie spotykają?
    ja tam bym sformatowala karte na rzecz wielorybów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre pytanie :D U nas chyba zwykle tak.... ;o)

      Usuń
  2. Dla fotografa to okazja niesamowita. Będziesz miała niezłą pamiątkę. Sara na pewno była zachwycona. Ja jedynie statkiem pirackim płynęłam na Bałtyku w tym roku, nie ma porównania z Teneryfą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Bałtyku tez płynęłam. Bylo okropnie, bo kapitan udawał, ze jest piratem - tak nawykręcał, ze mało nie zwymiotowałam!

      Usuń
  3. Z Tobą to faktycznie nie można się nudzić na wakacjach;) Ja taki zapał miałam gdy jeszcze dzieci nie było to połazić, pozwiedzać wyjść na szczyt się chciało a teraz lubię sobie po prostu odpocząć, odetchnąć najchętniej na leżaczku w cieniu taki typowy luzik mi się marzy ale taki rejs bym chętnie zaliczyła bujając się w rytmie fal i takie atrakcje podziwiać;) Nasze tez nadchodzą pomimo że są już blisko to jeszcze nie wiemy gdzie wylądujemy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa, dokąd was zawieje :)))

      Usuń
  4. Płynęłam nim ! tylko była taka pogoda i wiatr że delfiny widziałam ale na filmie który dostałam po rejsie;) ale za to jakie atrakcje były na statku ! od momentu kiedy weszłam na pokład wiedziałam że nie będzie dobrze ..i nie było ! tyle godzin nami trzepało a ja w ciągłym stresie aby nie zacząć wymiotować ..obok mnie kobieta złamała rękę...toaleta pełna bo ludzie nie wytrzymywali tego bujania ...słowem dramat ..ha ha ha ale wspomnienia są i to jakie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cholera. Niby mówią, ze gwarancji delfinów nie ma.... Nasz rejs tez nie za dobrze się zapowiadał, bo nie wyłączyli silnika przed startem i tak śmierdziało, ze mało co nas nie zaczadzili, a ja byłam bliska wymiotów, zanim jeszcze statek ruszył.... Bywa i tak.
      Chcieliśmy płynąć dzień wcześniej i pani z budki powiedziała po prostu, ze statki nie płyną, bo za bardzo buja na morzu. Może wyciągnęli jakieś wnioski?

      Usuń