Donnerstag, 11. Oktober 2012

Els Calderers




Wiecie kim bylam w poprzednim zyciu? ;-)

Posiadaczka dworku szlacheckiego
z przyleglymi wlosciami :o)

Bladzac podczas naszej podrozy
zajechalismy na dworek,
w ktorym czas zatrzymal sie 100 lat temu...




Przywitala nas wiejska buda psia.
Obok pole z nielicznymi drzewami.
Po polu biegaly czarne swinie...

No i budka z milym panem
pobierajacym oplaty za wstep.

8,50€ za osobe

Dosc duzo, jak za zwiedzenie
gospodarstwa wiejskiego, pomyslalam.

No ale skoro juz tam trafilismy,
nie chcielismy, zeby ta bledna podroz
poszla na marne.
Zaplacilismy.
Trudno...


Jak weszlismy dalej
poczulam sie jak w domu.

Jak tam pieknie!
Krzesla i stoliki w cieniu drzew...
Mnostwo zieleni...
Murki, sadzawki, widok na winnice...
Dworek z zazielenionym dziedzincem,
wielkimi oknami i przeszklonymi drzwiami...

W srodku oryginalnie zachowane sypialnie,
zabawki, domek dla lalek,
kompletnie umeblowane pokoje
i to z takim smakiem,
ze natychmiast bym sie tam wprowadzila.
Ech...

Nikt za nami nie chodzil i nie zabranial robic zdjec.
Mozna bylo chodzic po dworku do upadlego.

Sara byla zachwycona.

Glownie dlatego, ze odkrylysmy "duchy" -
kukly umiejscowione w pokojach
w celach demonstracyjnych.

Pierwszej kukly sama sie przestraszylam,
bo stala za drzwiami, jakby sie czaila
(na zdjeciu ponizej to ten pan z kapeluszem).

Potem juz szukalysmy nastepnych.
A ze wydawalo sie, ze jestesmy sami,
gdyz ow dworek nie jest bardzo znany,
Sara zaczela krzyczec z entuzjazmem,
jak zobaczyla pewna tlusta turystke,
ktora podziwiala zastawe stolowa.
Krzyczala oczywiscie na calego gardlo:
"Mama, zobacz, duch!"
 :-)))

Po opuszczeniu "pokojow"
obeszlismy jeszcze gospodarstwo.
Byly konie, osly, krowy, kozy, owce
i wspomniane juz wczesniej czarne swinie.
Smierdzialy tak wstretnie,
ze zdjecia moglam tylko dzieki temu robic,
ze sie owinelam szalem.
Smierdzialy zupelnie inaczej
niz te nasze polskie grube rozowe swinki.

Mieso z czarnych swin jest ponoc bardzo drogie.
Pasa sie one bowiem na wolnej przestrzeni,
duzo sie ruszaja, jedza bardziej zdrowe jedzenie.
No i nie tuczy sie ich.
Nie maja one byc grube, tylko hmmm...
wysportowane ;o)


Po opuszczeniu El Calderers stwierdzilam,
ze te 8,50 to nic w porownaniu z tym,
co sie za to w zamian dostaje.
Wizyta warta byla kazdego zaplaconego centa
i bladzenia po okolicznych dziurach i polach.


Jutro napisze troche o wycieczkach w gory.
A tymczasem rozgosccie sie
w moim dworku ;-)













Macie pojecie, co to za wiszace "arbuzy"???





1 Kommentar:

  1. Faktycznie magiczne miejsce...lubię takie klimatyczne wnętrza i sielskie przestrzenie.

    AntwortenLöschen